Kilka słów o blogu

Pomysł pisania bloga zrodził się już kilka tygodni po pojawieniu się Michałka na świecie. Nigdy nie byłam zwolenniczką „uzewnętrzniania się”, ale kiedy pojawił się Michałek poczułam potrzebę opisania jego życia, podzielenia się swoimi doświadczeniami  i przede wszystkim pokazania, że zespół Downa to nie jest koniec świata.

W pierwotnym założeniu miał to być dziennik, czyli codzienne relacje z życia Michałka. Szybko jednak zweryfikowałam ten pomysł, ponieważ po pierwsze nie zostałam obdarzona talentem pisarskim, po drugie nie pozwala na to czas, po trzecie wymaga to dużej samodyscypliny ( tymczasem ja należę raczej do gatunku leniwych) i po czwarte  nie chcę być po prostu niewolnikiem bloga. Będę więc pisać tylko o rzeczach dla nas najważniejszych i wtedy kiedy będę miała czas i ochotę. Nie zamierzam być profesjonalną blogerką i wiem, że mój styl pisania pozostawia wiele do życzenia, ale co tam….. nie startuję przecież w konkursie mistrza mowy polskiej:-)

 Kilka słów o Michałku

Michałek – zwany misiem – pogodny, wyjątkowo uroczy o rozbrajającym uśmiechu. Jest bardzo kontaktowy i bardzo zainteresowany wszystkim, co się dzieje dookoła. Uczy mamę cierpliwości i zmienia jej pesymizm  w optymizm. Jego ulubioną piosenką jest piosenka „Jagódki”, a ulubionym zajęciem jest leżenie na brzuchu taty.

A  tak bardziej poważnie…    Michałek  oprócz  zdiagnozowanego  zespołu  Downa  ma  wadę serca  –  ubytek w części mięśniowej przegrody międzykomorowej i niedoczynność tarczycy. Jak każde dziecko z zD ze względu na hipotonię jest rehabilitowany (my łączymy dwie metody NDT-Bobath i Vojtę) i wymaga stałej opieki neurologicznej i neurologopedycznej.

 Nasza krótka historia

Nie będę się rozpisywać, takich historii jak nasza jest wiele, ale jakiś początek musi być,  a zatem króciutko …

Kiedy urodził się Michałek przeżyłam szok, ale nie płakałam, nie pytałam: „dlaczego mnie to spotkało” itp…itd.. Michałek był najśliczniejszym i najsłodszym dzieciątkiem  na świecie (wiem, wiem, tak myśli każda matka). Tak strasznie się  nim cieszyłam i chciałam, aby wszyscy podzielali moją radość. Chciałam być przede wszystkim traktowana normalnie i odbierać gratulacje z okazji jego narodzin.  Nie mogłam znieść litości,  współczujących i skrępowanych spojrzeń innych matek. Po kilku dniach, a może kilkunastu?… hm…już nie pamiętam, nieważne – w każdym razie nie było już takiej radości, nagle uświadomiłam sobie,  że  nie  potrafię  w pełni cieszyć  się  macierzyństwem,  nie potrafię do końca zaakceptować tego,   że moje dziecko ma  zespół  Downa i nie potrafię sobie poradzić w tej nowej i trudnej dla mnie sytuacji. Potrzebowałam czasu, a dokładnie 4 miesięcy, aby to sobie wszystko przemyśleć i poukładać. Pierwsze miesiące wymagały naprawdę dużo wytrwałości i cierpliwości. Oj, było ciężko, zdarzały się mniejsze i większe kryzysy, ale z każdym dniem było coraz lepiej i w końcu wszystko jakoś się poukładało. Dzisiaj z ręką na sercu mogę powiedzieć, że  naprawdę cieszę się,  że  mam takiego wyjątkowego Michałka  i  chociaż mamy rehabilitację, częstsze wypady do lekarzy  i inne dodatkowe obowiązki to w zasadzie nasze życie nie różni się od życia innych rodziców.