To, że dziecko z zD wymaga rehabilitacji nie ulega wątpliwości, ale jaką metodę wybrać? I tu pojawia się dylemat. Dwie najbardziej popularne to metoda Vojty i NDT-Bobath. My zdecydowaliśmy się na Vojtę ze względu na to, że po pierwsze poleciła nam ją znajoma, która osobiście ją stosowała, po drugie każdy specjalista do którego udawaliśmy się z Michałkiem polecał właśnie tę metodę i po trzecie po zapoznaniu się z obiema metodami Vojta bardziej nas przekonała. Jeżeli chodzi o ból podobno zadawany dziecku przy tej metodzie to  jeśli prawidłowo wykonuje się ćwiczenia to dziecko nie odczuwa bólu, ponieważ to dziecko ma ustalać siłę, z jaką reaguje na opór. Nie można naciskać tylko blokować ( ograniczać). Tak więc zaczęliśmy stosować Vojtę. Niedługo później włączyliśmy również Bobatha. Ponieważ przerobiliśmy obie metody mogę podzielić się swoimi spostrzeżeniami po rocznym doświadczeniu. Zanim zacznę nie mogę nie wspomnieć o Panu Grzegorzu Serkies, u którego rozpoczęliśmy „przygodę” z Vojtą i stawialiśmy nasze pierwsze kroki. Uważam, że jest On jednym z najlepszych specjalistów od Vojty (i nie jest to tylko moja opinia). A teraz krótko do jakich wniosków doszłam. Na początku muszę przyznać, że w przypadku Vojty efekty były naprawdę  od razu zauważalne. Dopóki ćwiczyliśmy Vojtą ( regularnie przez 6 miesięcy tj. od 2 do 8 miesiąca życia) Michałek gnał do przodu. Prawie nie odbiegał od „zwykłego” niemowlaka. Gdy jednak przestaliśmy ćwiczyć regularnie, a później  przeszliśmy już wyłącznie na Bobatha efekty były znacznie mniejsze. Jestem zdania, że Vojta jest bardziej skuteczna, ale nie dlatego, że skuteczniej pobudza do centralnego napięcia, ale dlatego że wykonywana jest 4 razy na dzień (tj. co 4 godziny ze względu na to, że mózg zapamiętuje ćwiczenia do 4 godzin) i przez 7 dni  w tygodniu. Napięcie mięśniowe jest więc ciągle budowane. Dopóki wykonywaliśmy ćwiczenia 4 razy dziennie to były odpowiednie skutki, a kiedy ćwiczyliśmy tylko trzy lub dwa razy nie było już odpowiednich skutków. Gdy przeszliśmy już wyłącznie na metodę Bobatha ćwiczenia ograniczały się do jednego razu na dzień trzy lub cztery razy w tygodniu i myślę, że dlatego rehabilitacja nie przynosiła takich efektów jak Vojta. Owszem  po każdej sesji rehabilitacyjnej Michałek był napięty, ale w ciągu dnia był  już wyraźnie rozluźniony. Niestety trochę było w tym naszej winy, popełnialiśmy kilka błędów, bo w przypadku tej metody ważne jest przełożenie na codzienne czynności, czyli prawidłowe podnoszenie i noszenie, odpowiednia pozycja do karmienia, prawidłowe ubieranie rozbieranie, prawidłowe pozycje podczas snu, odpoczynku, zabawy i uczenie dziecka przyjmowania odpowiednich pozycji. Stosując sie do tych wszystkich zasad również możemy pobudzać do centralnego napięcia kilka razy w ciągu dnia, a nawet cały dzień. to zależy tylko od nas. Jeśli ograniczymy się wyłącznie do ćwiczeń z fizjoterapeutą te kilka razy w ciągu tygodnia i nie zadbamy o jego napięcie w pozostałym czasie to efekty będą marne. Obecnie ćwiczymy Bobatha 5 razy w tygodniu i jest lepiej, ale jeśli chcemy osiągnąć takie wyniki jak w Vojcie nie możemy dopuszczać do rozluźniania mięśni naszego maluszka pomiędzy kolejnymi sesjami z fizjoterapeutą, musimy „ćwiczyć” całą dobę. I jeszcze jedno moje spostrzeżenie. Zauważyłam, że jeśli przez jakiś czas nie ma efektów to należy zrobić krótką przerwę. Po kilku takich przerwach widać było u Michałka lepsze efekty. Być może ze względu na czas potrzebny do przetworzenia  bodźców mózg ludzki potrzebuje co jakiś czas przerwy.  Reasumując, chociaż osobiście bardziej skłaniam się ku metodzie Vojty to tak naprawdę nieważne jaką metodę wybierzemy. Rehabilitacja musi być czynna i angażująca mięśnie dziecka przez cały czas. Najważniejsze jest systematyczne pobudzanie centralnego napięcia i w każdej chwili należy uczyć dziecko prawidłowych wzorców posturalnych i korygować te nieprawidłowe. Aha, i jeszcze jedno: musimy przede wszystkim znaleźć odpowiedniego fizjoterapeutę, który nas tego wszystkiego nauczy.