Oj tak, to był naprawdę wyczerpujący tydzień, a powodem była choroba całej naszej trójki. Kto kogo zaraził nie wiem.Wprawdzie mnie pierwszą bolało gardło jeszcze kiedy byliśmy w Domatkowie, ale trwało to tylko kilka minut. Michał nie wykazywał oznak choroby, ale kto wie… Kiedy wróciliśmy do Tychów Łukasza dopadły jakieś bakterie chorobotwórcze, które przeszły w błyskawicznym tempie na Michałka, a później na mnie. Na początku wydawało się, że najgorzej znosi to Michał. Dostał gorączki i był bardzo słaby. Ale po dwóch dniach wrócił już do formy (aczkolwiek ciągle jest zaśluzowany i bierze leki). Łukasz i ja gorączki nie mieliśmy, ale dopadło nas wyjątkowo paskudne osłabienie, ból gardła, ból głowy i zatok, kichanie itp…itd.. Wyglądaliśmy jak zombie, a czuliśmy się gorzej niż wyglądaliśmy. Łukasz nie był w stanie wstać z łóżka, zajmował się Michałkiem i zabawiał go, a w trakcie zabawy zasypiał. Ja mając trochę więcej siły (ruszając się przy tym  jak mucha w SMOLE) starałam się ogarnąć wszystko. Sylwestra spędziliśmy w piżamach delektując się rosołkiem, popijając herbatką z miodem i sokiem malinowym i syropem z cebuli. A Nowy Rok przywitaliśmy  butelką bezalkoholowego szampana, oglądając prawie do drugiej „Hotel Zacisze”. Przez dwa kolejne dni  to ja zasypiałam na stojąco, a Łukasz wszystko ogarniał. Oczywiście z powodu choroby mieliśmy prawie tygodniową przerwę w rehabilitacji. Mam nadzieje, że nie odbije się to bardzo na rozwoju Michałka i da się to nadrobić. Pomimo tego tygodniowego „leniuchowania” w domu jestem bardziej wyczerpana niż kiedykolwiek i mam nadzieję, że w tym roku  żadne paskudne choróbsko już nas nie dopadnie, czego Nam i Wam życzę.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *

clear formPost comment